Pierwsze Święta bez Żonatego. Marzec 2016.

Nastały pierwsze od dwóch lat Święta bez Żonatego. Nie przygotowywałam się do tych Świat, starałam się stać z boku, nie przeżywać. Bałam się.
Wszystkie Święta, długie weekendy, dni wolne przez dwa lata były dla mnie koszmarem. To był czas kiedy udawałam, że mnie nie ma. Przemykałam gdzieś tak żeby nikt mnie nie zauważył i starałam się przesypiać całe dnie by nie myśleć. Wystarczyło otworzyć oczy by pojawiły się łzy i płacz. Niewyobrażalnie bolało mnie, że jestem sama a Żonaty z rodziną, dziećmi, że dobrze się bawi a ja znowu zakopana pod kołdrą wylewam litry łez.

Ta Wielkanoc jest inna. Wiem, że Żonaty wyjechał bo jego żona zadbała o to by ta informacja mi nie umknęła. Nie wzbudziło to jednak we mnie żadnych emocji. Pomyślałam, że takie jest życie i już.
Nie mam złych myśli, nie udaję, że mnie nie ma. Normalnie spędzam ten czas z rodziną, nie uciekam od nich, potrafię rozmawiać i śmiać się. Nie tryskam oczywiście optymizmem ale w porównaniu z poprzednimi świętami, zmiana jest diametralna.
To dało mi bardzo dużo do myślenia. Zaczęłam zastanawiać się, czy w ogóle kiedykolwiek kochałam Żonatego. Wydaje mi się coraz częściej, że byłam uzależniona od adrenaliny, która była w naszej relacji, tego ciągłego napięcia, emocji, które zawsze sięgały zenitu. Minęły od telefonu do żony Żonatego prawie dwa miesiące i w tym czasie nie cierpię z powodu tego co straciłam, nie rozpamiętuję, nie boli mnie serce, że Żonatego nie ma.
Myślę cały czas o tym co się stało i jak wyglądało moje życie przez ostatnie dwa lata. To wszystko coraz bardziej skłania mnie do refleksji, że tak naprawdę go nie kochałam. Byłam uzależniona od emocji i adrenaliny, próbowałam sobie udowodnić, że go zdobędę i zostawi żonę, Żonaty dawał mi komfort poczucia zabezpieczenia finansowego. Ostatnie brzmi absurdalnie bo nie brałam nigdy od niego pieniędzy, nie utrzymywał mnie albo wręcz przeciwnie…ale miałam świadomość, że jeśli coś złego mi się przydarzy to Żonaty jest i mi pomoże. Wydaje mi się, teraz z perspektywy czasu i kiedy opadły emocje, że gdyby moja miłość do Żonatego była prawdziwa i tak jak myślałam była „miłością życia” to zupełnie inaczej bym cierpiała….z utraty miłości życia chyba człowiek nie podnosi się tak szybko…i chyba tęskni bardziej, rozpamiętuje, krwawi serce….
Moje cierpienie i smutek gdy się pojawia jest nakierowany na przegraną i porażkę. Żonaty został z Żoną. Ale powoli zaczynam oceniać to inaczej. Żonaty potrzebuje kogoś kto będzie od niego zależny, uzależniony w każdym względzie bo to daje mu pewność, że nie będzie nigdy sam. Ja tego nigdy nie potrafiłam mu dać.

Dzisiaj jadąc autem pomyślałam także jak wyglądało moje życie jeszcze w styczniu. Ciągły płacz, brak snu, otwierałam i zamykałam oczy ze łzami w oczach, ciągłe drżenie ciała i paraliż czy Żonaty kłamie czy coś kręci, ucisk w sercu gdy nie odpisywał 5 minut, strach i panika kiedy był w domu. Dotarło do mnie jak wiele złych rzeczy odeszło. Nie mam już tych uczuć i emocji. Odeszły razem z Żonatym. Pomyślałam sobie….że rozwiązanie było tak proste a ja dwa lata go szukałam po omacku pakując się w to bagno jeszcze bardziej.

Smutek wrócił. Marzec 2016.

Przed weekendem minęłam autem Żonatego. Żonatego i jego żonę. Początkowo nie zrobiło to na mnie wrażenia. Trochę się zatrzęsłam ale spokojnie pojechałam dalej.
Wszystko jednak wróciło wieczorem. Zaczęłam o tym myśleć, wracać myślami do tego co było. Wtedy pierwszy raz od dawna pojawiły się łzy. Nie był to płacz pełen goryczy i żalu jak kiedyś. Było to kilka łez pełnych cierpienia.
Ten smutek jednak utrzymuje się już kilka dni. Nie potrafię sobie z nim poradzić. Czuję, że cofnęłam się o ogrom pracy i wysiłku jaki wkładałam w to by pójść naprzód. To boli.
Wystarczyło jedno spojrzenie Żonatego bym znowu była w punkcie wyjścia.
Pojawiły się myśli o tym jak mogłoby być gdyby nie wydarzyło się to wszystko. Myśli o tym co mogłam zrobić inaczej. Poczułam, że mi go brakuje, brakuje mi wspólnego czasu, rozmów, przytulania. To nienormalne bo po tym wszystkim co mi zrobił, nie pozwoliłabym się nawet dotknąć ale tych myśli nie potrafię odpędzić.
Na wszystko potrzeba czasu ale pytam ile czasu jeszcze. Minął miesiąc i kilka dni od ostatniego kontaktu w walentynki. Musi minąć jeszcze kolejny, może dwa? ile?

Mam poczucie, że nie będę już szczęśliwa. Gdzieś w środku idealizuję to co było między nami i szukam w tym co dzieje się w moim życiu teraz, punktu odniesienia. Doskonale wiem, że to jak wyglądał nasz związek to bajka, którą sami sobie stworzyliśmy i nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Boję się jednak, że nie odnajdę się w normalnym związku, normalnym życiu.

Mam w telefonie jeszcze numer Żonatego.
Myślę, że dziś to ten czas kiedy go skasuję.

Jestem sama. Marzec 2016.

Przyszedł więc czas, że jestem sama. Od Walentynek nie mam kontaktu z Żonatym. On też nie próbował się kontaktować. Wiem, że wyjechał, wpierw z żoną, potem z kolegami. Szczerze, nie wiem czy wrócił, czy wraca, kiedy itd.
Czułam lekką zazdrość, że wyjechał i dobrze się bawi ale trwało to może kilka minut. Szybko doszłam do wniosku, że dla mnie to bardzo dobra sytuacja. Czułam się bardzo spokojna. Zajęłam się pracą i o dziwo znowu sprawia mi to przyjemność. Odnoszę powoli nowe sukcesy i „wracam do gry”. Usunęłam ze swojego życia co mogłoby przypominać Żonatego i być powodem do kontaktu dla jednej lub drugiej strony. Odcięłam wszystko.
Chodzę regularnie do psychologa i bardzo mi to pomaga. Nie szukam tam jednak pomocy w tym by poradzić sobie z rozstaniem tylko pracuję wreszcie nad sobą. Nie da się ukryć, że trzeba mieć nierówno poukładane żeby dać się wpakować w takie bagno w jakim tkwiłam dwa lata.
Drobne rzeczy sprawiają mi znowu przyjemność, wracam powoli do kontaktów towarzyskich i nie robię już tego z uczuciem przymuszania się do tego, tylko się tym cieszę.

Oczywiście nie będę okłamywać samej siebie, i muszę przyznać, że moje myśli krążą ciągle wokół tej sytuacji ale to nie takie myśli jak kiedyś. Od miesiąca nie załamałam się ani na chwilę, nie uroniłam łzy, nie cierpię z powodu rozstania. Nie próbuję tego zrozumieć. Raczej to plątanina myśli i żal do siebie ale nie przeszkadza w normalnym życiu. Widzę teraz z perspektywy czasu to wszystko czego nie chciałam dostrzec wcześniej, widzę inny obraz Żonatego, inaczej wspominam dobre rzeczy, które robił a te złe już nie bolą. Wielu rzeczy też dowiedziałam się od osób postronnych, od których Żonaty skutecznie przez te dwa lata mnie odcinał. Żonaty nie jest już w moich oczach zagubionym człowiekiem, który nie wie jak odejść od żony i nie radzi sobie z uczuciem do mnie. Żonaty jest złym człowiekiem, od którego należy się trzymać z daleka bo nic dobrego z jego strony nie może nas spotkać.
Zresztą widzę to bo zauważam realne różnice w moim życiu, pracy itp. w sytuacji gdy Żonatego nie ma.

Zrobiłam wielki krok do przodu i jestem bardzo dumna z siebie. Wiem, że potrzeba jeszcze czasu by zupełnie ten temat pozostał w sferze wspomnień ale jestem pewna, że tak będzie. Wcześniej nie wyobrażałam sobie życia bez Żonatego, teraz nie wyobrażam sobie życia już nawet nie z nim…nie wyobrażam sobie życia, w którym miałabym mieć jakikolwiek kontakt z Żonatym.

Wyjazd Żonatego (jego żona postanowiła chyba pokazać i mi i światu swoje szczęście i opublikowała zdjęcie z nim z wakacji, oznaczając naszych wspólnych znajomych -tak, tych, którzy okłamywali ją dwa lata odnośnie naszego romansu o czym ona już wie- …tak bym na pewno zdjęcie zobaczyła). Jeszcze jakiś czas temu, gdybym to zobaczyła (nigdy wcześniej nie dodała zdjęcia z nim) rwałabym włosy z głowy i ryczała jak bóbr zastanawiając się czy odkręcić gaz czy skoczyć z okna. A teraz…zobaczyłam to, usiadłam na 5 minut. Doszłam do wniosku, że żona robi z siebie kretynkę takim postępowaniem czym pokazuje, że klasą i szacunkiem do siebie (o wyglądzie nie wspomnę – sorry, musiałam) nie dorasta mi do pięt a on też jednak nie jest wcale przystojny i generalnie razem wyglądają jak dwa, grube kurduple…i niech im się dobrze wiedzie. Zadzwoniłam do przyjaciółki, z którą pośmiałam się z całej sytuacji i pojechałam na kolację bo byłam umówiona.
Nie wyobrażam sobie przeżycia takiej sytuacji np. 5 miesięcy temu. Nie byłabym wtedy w stanie z nikim rozmawiać przez kilka dni, odwołałabym nie tylko kolację z tego dnia ale wszystkie nadchodzące spotkania.
Ta sytuacja pokazała mi najwyraźniej jak już mało miejsca w moim życiu zajmuje Żonaty.

Bardzo nie chciałabym przypadkiem spotkać Żonatego. Mam nadzieję, że taka sytuacja nie nastąpi. Kiedyś prowokowałam czasem sytuacje spotkania. Teraz już wiem, jak bardzo pomógł mi i jak dobry dla mnie jest brak kontaktu z nim. I Jestem pewna jednego. Zrobię wszystko co w mojej mocy by stanąć na nogi i nie cofnę się ani o krok w tył.

Dziękuję Wam za wszystkie ciepłe słowa.

Powrót do zimy. Marzec 2015.

Ostatnie wspomnienia były w maju 2015. Nie można wtedy jednak nie wrócić do marca.

Powrót do zimy.
Pamiętam bardzo dokładnie ten moment. Ten wieczór kiedy to się stało. Umówiłeś się wtedy z kolegami na dyskotekę, pamiętam zdjęcie, które mi wysłałeś jak idziesz ubrany. Pamiętam dokładnie. Tego wieczoru oczywiście bez twojej wiedzy kolega kupił bilety na koncert. Sopot. Sierpień. Dyskretnie o to zapytałam przeczuwając, że jednak pojawia się plan wakacyjny a twoje słowa o zmianie i o tym, ze wszystko będzie inaczej, jednak trochę mogą mijać się z prawdą. Powiedziałeś wtedy bardzo pewnie i stanowczo, że bilety kupione, ty nie wiesz o co chodzi, pojedzie to może żona z córką. kolega kupił, ty masz to w dupie i tyle w temacie. No dobrze. Wtedy nie przysięgałeś, że nie pojedziesz. Nie obiecywałeś. Wtedy nie mogłabym mieć pretensji, że będzie inaczej. Kiedy rozmawialiśmy o tym, czułam się winna, że pytam, że mam wątpliwości i nie ufam, byłeś tak pewny siebie. Zdenerwowany. Zdenerwowany moimi pytaniami i brakiem zaufania. Przecież chcesz się zmienić a ja ci nie pomagam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że takie nerwy z twojej strony pojawiają się zawsze gdy kłamiesz.

Zrywy Żonatego Mężczyzny. Luty 2016.

Od czasu telefonu do żony Żonatego Mężczyzny minęło 18 dni. Żonaty miał dwa zrywy od tego czasu, poza smsami, o których pisałam ostatnio.
Ja milczę. Nie mam już myśli by napisać do niego. Próbuję oswoić się z tą sytuacją. Znaleźć odpowiedzi na pytania, które rodzą się w głowie ale nie tak jak kiedyś, widzę to teraz na trzeźwo. Zauważyłam, że jestem o wiele spokojniejsza, nie płaczę. Od czasu tego telefonu płakałam dwa razy. Dwa razy bo Żonaty miał dwa zrywy.

Zryw I:
Staram się unikać miejsc związanych z Żonatym, staram się tak prowadzić dzień i spotkania by nie natknąć się na niego. Omijam szerokim łukiem miejsca z nim związane. Przed zaparkowaniem auta, kilka razy sprawdzam czy auto żonatego nie stoi w pobliżu.
11 dni po telefonie. Było już zupełnie ciemno. Omijając jak zwykle miejsca gdzie mogłabym spotkać żonatego, skończyłam spotkanie, poszłam kupić papierosy, wracając weszłam do sklepu. Spontanicznie. Drogeria. Półka z lakierami do paznokci. Nagle usłyszałam szept za plecami: dzień dobry pani….
Zamarłam. Spojrzałam za siebie. Odłożyłam lakier i wyszłam. Szepnął mi jeszcze do ucha coś w stylu: teraz jesteś k…ą czy jakoś tak. Nie pamiętam.
Wyszłam ze sklepu. Kiedy dotarło do mnie co powiedział, wróciłam bo stał i patrzał jak odchodzę ulicą. Miałam ochotę dać mu w twarz. Kiedy jednak stanęłam naprzeciwko niego, dotarło do mnie, że danie mu w twarz nie robi na nim wrażenia i kolejny raz wyjdę na histeryczkę. Powiedziałam mu tylko, że myślałam, że jest głupi bo nie skończył szkół ale teraz widzę, że to bez znaczenia bo po prostu jest skończonym idiotą. Chodził za mną kolejne dwie godziny, co chwila zatrzymując. Obrażał, potem przepraszał, potem płakał, potem straszył i tak w kółko. Skończyło się na tym, że prosił by go przytulić. Wiedziałam, że nie można tak chodzić w nieskończoność, nie chciałam żeby widział gdzie zostawiłam auto bo obawiałam się, że zawsze już będzie tam czekał, nie chciałam też cyrków przy aucie z wchodzeniem do środka, zabieraniem kluczyków itd. Było mi jednak już tak zimno, że poszłam do auta, odjechałam. Stał i patrzał. W międzyczasie powiedział, że specjalnie tam zaparkowałam, specjalnie szłam do drogerii (późnym wieczorem) żeby go spotkać.
Okej.
Tego dnia miałam też 24 połączenia z jakiegoś dziwnego numeru, kiedy odbierałam było słychać tylko szum drogi. Wiem, że to był on.
Żonaty w czasie tego chodzenia za mną powiedział też, że akurat dziś jest nasza rocznica. Miał rację. Pamiętałam. tylko, że to już nie rocznica tylko zwykła data.

Zryw II:
Walentynki. Żonaty zadzwonił z nowego, innego numeru na kartę z życzeniami. Nie wybaczyłby sobie gdyby nie zadzwonił bo to dzień kiedy dzwoni się do kogoś kogo się kocha. Potem pisał itd. Generalnie chciał żebym na niego znowu zaczekała bo wyjeżdża ale wróci i wtedy będziemy już razem.
Okej.

——————————-

Cieszę się, że wyjechał, to daje spokój i komfort, że się nie spotkamy. Od walentynek milczy. Wiem, że żona sprawdza mu bilingi i dlatego te numery na kartę. Też dobrze. Nawet jeśli będzie miał jeszcze zryw to one z czasem się znudzą. Nie da się w nieskończoność kupować nowych kart do telefonu.

Ja chodzę do psychologa i postanowiłam coś ze sobą zrobić. Zrozumiałam, że sytuacja w jaką dałam się wplatać za swoim własnym przyzwoleniem wskazuje na ewidentny problem we mnie. Każdy człowiek, który ma choć minimum instynktu samozachowawczego, uciekałby po pierwszej niekomfortowej sytuacji a ja brnęłam w to dalej jak głupia.

Telefon do żony Żonatego Mężczyzny. Styczeń 2016.

Mam to za sobą. Dokładnie 10 dni temu zadzwoniłam do żony żonatego mężczyzny. Żonaty mężczyzna nie odpuszczał cały styczeń. 11 dni temu wyjechał. Spontanicznie zadzwonił, że wysyła po mnie helikopter, za 40 minut mam być na lotnisku. Prosił, błagał. Nie zastanawiałam się długo. Spakowałam torbę i pojechałam.
Helikopter zabrał mnie w góry. Żonaty był tam na imprezie firmowej zaprzyjaźnionej firmy. Bawiłam się dobrze, nawet nie z żonatym ale z innymi. Było sympatycznie. Wytańczyłam się i wybawiłam.
Następnego dnia wracaliśmy autem ze znajomymi. Po drodze kiedy stanęliśmy na obiad, koleżanka rzuciła do kolegi: czy spotkamy się jeszcze przed wyjazdem? Padła odpowiedź, że wyjeżdżamy przecież za dwa tygodnie.
Lampka kontrolna, dużo alkoholu. Zamilknęłam i odcięłam się na 15 minut. Szybka analiza. Żonaty cały styczeń, codziennie zapewniał, że nigdzie z żoną nie wyjeżdża, że przysięga, że obiecuje. Kolega poszedł do toalety. Skorzystałam z okazji i ruszyłam za nim. Dowiedziałam się, że żonaty od dawna ma zaplanowany wyjazd z rodziną na ferie. Dostałam szału. Żonaty dostał w twarz, rzuciłam się na niego z pięściami w knajpie pełnej ludzi.
Byłam w amoku.
Wyszłam stamtąd.
Zemdlałam. Znowu: spokojnie, koleżanka ma cukrzycę i czasem tam ma, nie trzeba wzywać pogotowia.
Znajomi wpakowali mnie do auta, żonaty popełnił wtedy największy błąd. Wsiadł do tego samego samochodu, zaczął coś bredzić, dotykać, przytulać. Nie reagował na moje odtrącenia i krzyki. Kiedy na chwilę odpuścił wyjęłam z torebki telefon.
„dzień dobry. czy to pani …. ?”
„tak, słucham”
„tu …., chciałam powiedzieć pani, że właśnie wracam z pani mężem z weekendu w ….”
Żonaty dostał szału, kazał zatrzymać auto, wybiegł na drogę, płakał, krzyczał, rzucał się pod samochody itd.
Zamknęłam się w aucie od środka i przeprowadziłam 15 minutową rozmowę z jego żoną.
Była nieco zaskoczona naszym romansem (dwa lata się nie domyślała?) ale bardzo spokojna. Pytała. Ja odpowiadałam. Nie powiedziałam nic złego, bez szczegółów. Tylko prawdę.

Rozmowę skończyłam, koledzy trzymali żonatego żeby mnie nie zabił, ja przesiadłam się do innego auta i wróciłam do domu.

Żonaty był kompletnie pijany. Odebrała go córka. Kazał jej zadzwonić do mnie i kazać dać sobie spokój (o co chodzi?!), więc i jej powiedziałam prawdę, że sytuacja nie do końca wygląda jak mówi jej tatuś.

Żonaty dzwonił do mnie z domu jeszcze kilka razy, kompletnie pijany. W nocy zadzwonił też do mojej siostry. Nie wiem po co. Ona wszystko wie.

Następnego dnia zadzwonił do mnie jeszcze kilka razy zapytać co teraz mam mu do zaoferowania. Jednak ja nie miałam do zaoferowania już nic. Nie po tym kłamstwie, krzywdach.

Dzisiaj pierwszy raz od 10 dni żonaty się odezwał. Wysłał jakieś kropki i kazał do siebie zadzwonić. Żonaty pewnie liczył, że wykonam ten telefon a on pokaże żonie i powie: zobacz, widzisz, dzwoni do mnie, to ona mnie nęka!

Jestem lżejsza o 200 kilo. Spokojniejsza. Wiedziałam, że tak się to skończy. Wiedziałam i czułam w kościach, że to stanie się właśnie na tym wyjeździe. Dlatego wsiadłam do tego helikoptera. Kobieca intuicja. Wiedziałam, że inaczej się z tego nigdy nie wyplątam.

Nie uroniłam od 10 dni łzy. Sytuacja jest bardzo trudna ale zdecydowanie lżejsza dla mnie niż wcześniej. Boli ale to inny ból. Nieporównywalnie słabszy z tym, który był.

W styczniu napisałam żonatemu sms na jego prośby i błagania o spotkanie. Napisałam by zastanowił się dobrze czy tego chce, bo jeśli skrzywdzi mnie kolejny raz to go zabiję.

Lojalnie uprzedziłam. Wielokrotnie mówiłam mu, że myślę, by zadzwonić do jego żony. Zawsze wtedy mówił, to dzwoń.
Teraz wiem, że nie traktował tego chyba poważnie.

Swoje cierpienie przerzuciłam na żonatego i jego żonę. Teraz to oni muszą sobie z tym poradzić.

Do śmiechu:
rozmowa z żonatym drugiego dnia po telefonie.
„i co ja mam teraz zrobić”
„nie wiem, to może ja zadzwonię do twojej żony i powiem jej, że żartowałam :)”
„boże, przecież ona ci nie uwierzy! „

Teraz będzie inaczej. Styczeń 2016.

Ostatnie dni były dla mnie niezwykle ważne. Zdecydowałam się na ważny krok. Poszłam na konsultację do kliniki leczenia depresji i zaburzeń odżywiania. Czekałam na te wizytę miesiąc. Miejsce okazało się całkiem przyjazne. Personel bardzo miły i empatyczny. Pomierzyli mnie, zważyli, dostałam skierowanie na szczegółowe badania i mam zgłosić się za tydzień.
Po wstępnej konsultacji potwierdziła się tylko moja silna depresja i mam zastanowić się nad lekami bo bez nich raczej się nie obejdzie, dostałam kilka propozycji. Mam poczytać, pomyśleć i na kolejnej wizycie zdecydujemy co i jak robić. Dowiedziałam się też, że stan zaawansowania mojej bulimii nadaje się na leczenie na oddziale dziennym i taka intensywna terapia ze względu na depresję i stan psychiczny jest wskazana. 12 tygodni, 4 godziny dziennie. Myślę o tym. To rozwali totalnie moją pracę, chcę podjąć to leczenie bo czuję, że muszę coś zrobić ale boję się tych 12 tygodni. Boję się, że to rozsypie mnie jeszcze bardziej.

Żonaty mężczyzna nadal próbuje wrócić. Jestem już tak słaba i tak zrezygnowana, czuję taką obojętność i brak emocji, że nie robi to wszystko na mnie wrażenia. Czuję jakbym wyszła z ciała i stała obok, patrzała na wszystko co się dzieje z boku. Zgodziłam się na kolację z żonatym mężczyzną, nawet na zakupy, był też na zupie. Wiele z Was pewnie teraz stuka się w czoło i myśli o mnie jak o skończonej idiotce. Jednak ja musiałam to zrobić, musiałam zgodzić się na konfrontację by przekonać się o tym co poczuję gdy będzie blisko. Musiałam przekonać się czy jestem w stanie rozmawiać z nim, być, pozwolić się dotknąć.
Wnioski i uczucia niestety chyba dobiły mnie samą. To nie jest ten żonaty mężczyzna, za którym wylałam litry łez i nie przesypiałam nocy. To mężczyzna, który nadal potrafi mnie rozbawić i przy którym bez dwóch zdań czuję się swobodnie jak przy nikim wcześniej ale… to nie mężczyzna, którego pragnę tylko dla siebie. Zauważyłam, że zamilknęłam. Nie potrafię z nim rozmawiać. A to rozmowy zbliżyły nas do siebie. Nie przywiązuję wagi do tego co mówi, nie angażuję się w rzucane tematy, nie doradzam, nie opowiadam o sobie w ogóle a jeśli zapyta rzucam ogólniki. Nie mam zainteresowania tym co u niego, co zrobił, co w pracy. Nie dopytuję. Jednym uchem wpada, drugim wypada.
Żonaty mężczyzna stał się w moich oczach też mniej męski niż uważałam, że jest wcześniej. Myślę, że wpływ na to miały jego wylewane w moim łóżku łzy, wystawanie pod blokiem czy klękanie i błaganie bym nie odchodziła. Wiele upokorzeń ale jednocześnie brak tej najważniejszej decyzji. Żonaty mężczyzna pozwolił uderzyć się w twarz i nie zraziło go to, nie był nawet zły. Pozwalał obrażać się i wyzywać od najgorszych. Mało to męskie. Teraz tak to widzę. I te ciągłe jego depresje i smutki… i to błaganie żeby coś zrobić by go uspokoić bo znowu się rozsypał. Nie potrafię już dawać mu wsparcia bo sama go potrzebuję. Powoli dochodzę też do wniosku, że to generalnie nie powinna być w ogóle moja sprawa.
Dzisiaj żonaty mężczyzna znowu mnie zdenerwował pisząc, że gdzieś tam gdzie wyjechał służbowo powinnam być z nim. Boże widzisz a nie grzmisz ! po pierwsze poczułam smutek, że coś mnie ominęło, po drugie wiem, że i tak nie zgodziłabym się na wyjazd (ale po cholerę on tak pisze), po trzecie oczywiście to moja wina bo nie zaproponował bo wiedział, że odmówię (oczywiście ja doskonale wiem, że tam nie mogłabym być z nim i nigdy by mnie tam nie zabrał). Nienawidzę takich wiadomości. To takie wiadomości z d…y. Nic nie wnoszące bzdury, które są manipulacją i mają wywołać tylko u mnie smutek i wyrzuty sumienia.
Z wyrzutami sumienia, które były największym koszmarem tego związku powoli sobie radzę. Wracam myślami do wszystkich kłamstw i krzywd.

Korzystając z okazji spotkań z żonatym mężczyzną zapytałam go także o ferie. Gdzie wyjeżdża, kiedy. Dowiedziałam się, że nie ma nic zaplanowane. Znając już te odpowiedzi na pamięć, zapytałam konkretniej. Czy jest w stanie obiecać mi, że nigdzie nie wyjedzie bo przecież chce się spotykać więc byłoby to dobre by dać mi jakiś mocny argument. Dowiedziałam się, że nie obieca mi już nigdy nic bo potem ja się tego uczepię (oj!) i że jak będzie jakiś plan wyjazdu to przyjdzie i powie mi jak ten problem rozwiąże (nie wiem naprawdę jak się takie problemy rozwiązuje).

Także życie toczy się dalej. Żonaty mężczyzna zszedł trochę na dalszy plan. Teraz na pierwszym miejscu jest dla mnie zdrowie i leczenie.

Maj. 2015.

Przeżyliśmy te święta wielkanocne i tak dotrwaliśmy do wakacji. W międzyczasie byłeś w Stanach. Wyjechałeś ode mnie i wróciłeś też do mnie. Oczywiście mały gest a cieszy. Rozbudowałeś tak bardzo ten wyjazd i powrót, że sama uwierzyłam, że to nie lada wyczyn, wielki wyraz miłości i tak tłumaczyłam to sobie i ludziom. Szliśmy do przodu jak burza. Przecież wyjeżdżasz i wracasz do mnie. Mogłam zrobić ci kanapki na drogę a na powrót przygotować kolację.
Wtedy nie zastanawiałam się co byłoby gdyby samolot wylatywał i lądował o innych porach. Czy wtedy też by tak było. Czy to był przypadek, który wpasował się po prostu w możliwość wykorzystania tego by uspokoić żonę i wcisnąć jej kolejne bajeczki o pracy, sprawach do załatwienia itd.

W każdym razie niezaprzeczalnie cieszyłam się z tego i czekałam na ciebie jak na zbawienie. Dzwoniłeś, pisałeś, mieliśmy kontakt cały czas. Raz tylko wziąłeś narkotyki i trochę się pokłóciliśmy. Jak zawsze zresztą gdy je bierzesz, jesteś drugiego dnia przewrażliwiony i nie da się z tobą porozumieć.

Największy błąd. Napisałam.

Nie wytrzymałam. Jestem na siebie wściekła. Nie wiem co mi odbiło.
Napisałam do żonatego mężczyzny. Szybko wiadomość skasowałam ale żonaty mężczyzna zauważył że to zrobiłam i zaczęła się dyskusja. Generalnie nie prowadziła do niczego. Nie wiem w zasadzie po co to wszystko mi było potrzebne bo czuję się przez to tak tragicznie jak np. wtedy kiedy żonaty mężczyzna wyjechał na wakacje. Nie ma mnie. Płaczę po kątach, snuje się po mieszkaniu i wszystko powoduje coraz to większy smutek.
Myślę, że napisałam do żonatego mężczyzny żeby sprowokować jego poświęcenie mi uwagi, przecież kiedy pisze do mnie, mam pewność, że np. nie spędza czasu z żoną. Niestety jednak przyszedł wieczór i żonaty mężczyzna przestał pisać. W ataku strachu, paniki, bólu wybrałam w telefonie jego numer. Odezwała się poczta.
Czyli mam jeszcze gorzej niż było i efekt mojego porannego ruchu jest opłakany. Gdybym się pięć razy zastanowiła jak wcześniej czy wysłać tą cholerną wiadomość, ostatecznie bym jej nie wysłała i ostatecznie nie zastanawiałabym się dlaczego żonaty mężczyzna wieczorem milczy.

Czuję się tragicznie przez duże „T”.

Idiotyczny, nieprzemyślany, wykonany pod wpływem emocji ruch sprawił, że chcę po prostu umrzeć. Znowu.

Czuję, że rozrywa mnie od środka. Wściekłość. To już nawet nie jest ból. To okropna wściekłość, że żonaty mężczyzna nie cierpi jak ja tylko żyje dalej. Otrzepał się i poszedł w swoją stronę a ja zostałam z rozsypanym na kawałki sercem i zszarganymi nerwami. Wiem, że decyzja o odejściu od niego była najlepszą jaką mogłam podjąć. Jednak dlaczego to tak boli. To żonaty mężczyzna miał cierpieć a ja miałam poczuć ulgę. A tej ulgi nie ma. Pojawia się chwilami bo odeszło mi wraz z żonatym mężczyzną bardzo wiele momentów przykrych, które sprawiały ból ale ciągle nie potrafię przestać myśleć o tym, że życie żonatego mężczyzny w kilka dni potrafiło wrócić do normy a moje traci sens.

Żonaty mężczyzna postanawia zamilknąć. Styczeń 2016.

Tak więc przyszedł ten czas, kiedy żonaty mężczyzna postanowił zamilknąć. Nie wiem czy na zawsze czy to cisza przed burzą. Na ten moment milczy.
Sytuacja jest dla mnie nowa i jeszcze nie do końca się w niej odnajduję. Mam teraz nowe uczucie, które nazywa się: żonaty tak łatwo pogodził się z rozstaniem a ja dalej cierpię!
To złość. Tak, czuję złość i zazdrość. Zazdroszczę żonatemu, że tak łatwo przyszedł mu powrót do normalności.
Z drugiej strony jestem o wiele spokojniejsza, brak kontaktu z żonatym powoduje, że potrafię spokojnie jeść a to przy mojej chorobie bardzo ważne. Ostatnio nawet nie wymiotuję tak często jak kiedyś. Zauważyłam, że jedzenie stało się dla mnie o wiele łatwiejsze.

Minął kolejny tydzień, który mimo tej sytuacji, był całkiem dobry. Skupiłam się na pracy, na szczęście miałam jej na tyle dużo by nie zamykać się w czterech ścianach i cierpieć całe dnie. Dziękuję Bogu, że przez te perypetie udało mi się jednak nie zaniedbać całkowicie interesu i ktoś jeszcze chce ze mną rozmawiać i współpracować. Najgorsze są jednak wieczory. Siadam, patrzę w ścianę i zaczynam myśleć. Myśli przychodzą w każdej wolej sekundzie ale natłok zajęć nie pozwala kompletnie się im poddać…wieczorami jednak jest naprawdę ciężko. Początkowo miałam plan by rzucić się w wir imprez, spotkań, skorzystać z ofert z portali randkowych i wieczory zapełnić kolacjami. Na dłuższą metę wiem jednak, że to się nie sprawdzi. Swoje trzeba przecierpieć, inaczej wszystko wróci i może wrócić ze zdwojoną siłą.
Łapię się na tym, że sprawdzam profil żonatego mężczyzny, profil żony żonatego mężczyzny. Czuję się z tym okropnie. Nie piszcie tylko teraz, bym tego nie robiła, że trzeba oddzielić wszystko gruba kreską. Każda z Was doskonale wie, że każdy i każda tak robi. To przechodzi z czasem. Samo. Doszłam jednak do wniosku, że nie jestem wcale ciekawa co robi żonaty mężczyzna. Nie „szpieguję” by zdobyć informacje. Tych informacji mieć nie chcę. Sprawdzam i czekam. Czekam na informację o kolejnym wyjeździe. Chcę kolejny raz zobaczyć, że okłamał mnie, że nie mówił prawdy jak zawsze. Potrzebuję tego by do końca potrafić się uświadomić w tym, że jest zły i by potrafić się odciąć. Czara goryczy jeszcze u mnie się nie przelała. Miewam zawahania, czy zrobiłam dobrze rozstając się z nim, czy mogłam zrobić coś więcej. Analizuję w czym byłam gorsza od jego żony, czego mi brakuje. Doskonale w głębi duszy wiem, że niczego mi nie brakuje i to on był tutaj problemem, który nie potrafił podjąć decyzji krzywdząc wszystkich wokół.

Boli mnie strasznie fakt, że żonaty mężczyzna pogodził się chyba z sytuacją. Nie walczy. Jak każda zakochana oczywiście liczyłam, że żonaty żonę zostawi jak postawię sprawę na ostrzu noża. A żonaty jednak żony nie zostawił. W związku z tym bólem pojawia się myśl czy może żonatemu trzeba było dać ten czas o który prosił. Żonaty wyznaczył bowiem termin 10 lutego jako termin przełomu i termin naszego bycia razem. Żonaty termin wyznaczył w listopadzie. W między czasie jednak żonaty nawalił kilka razy i zamiast tego, że mamy naprawdę być niedługo razem, ja poczułam, że żonaty chyba znowu obiecuje i kłapie jęzorem nie bardzo zastanawiając się nad swoimi słowami. Jednak myśli czy może tego czasu nie należało mu dać, pojawiają się dość często.

Dwie godziny temu miałam załamanie i ryczałam jak bóbr. Nie trwało to jednak długo i to już nie są takie łzy jak kiedyś. To łzy goryczy i żalu. Żalu, że dałam się tak zrobić w balona i goryczy, że tyle razy zaufałam komuś kto na drugie imię ma – kłamstwo.

Pocieszam się faktem, że znam siebie na tyle, że wiem, że przyjdzie taki dzień, że otworzę rano oczy i wszystko zniknie. Zmienię myślenie i to będzie sekunda by wszystko to zostawić za sobą. Tak jak dwa lata temu odwołałam ślub dwa miesiące przed terminem i zerwałam zaręczyny. Decyzję podejmując w aucie, jadąc na kolację walentynkową. To była sekunda.